Napięta podaż stali płaskiej w USA i ceny HRC około 1200 USD sprawiają, że import znów wygląda atrakcyjnie – nawet mimo 50-procentowych ceł. Rynek jest mocny, ale rośnie ryzyko kolejnych działań handlowych.
Rynek, na którym „spot” znika
W amerykańskim segmencie stali płaskiej coraz trudniej mówić o normalnym handlu w trybie „kupuję dziś, odbieram wkrótce”. Dostępność ton spotowych jest ograniczona, terminy realizacji się wydłużają, a zapasy w centrach serwisowych pozostają niskie. W praktyce oznacza to, że nawet przy oficjalnie publikowanych lead time’ach znalezienie materiału „od ręki” bywa zadaniem z pogranicza logistyki i szczęścia.
Co istotne, napięcie nie dotyczy wyłącznie rynku spot. Coraz częściej słychać, że huty pilnują realizacji minimalnych wolumenów kontraktowych, a elastyczność w dokładaniu dodatkowych ton jest ograniczona. W efekcie część odbiorców funkcjonuje w warunkach de facto przydziałów – bez formalnego ogłaszania „allocation”, ale z podobnym skutkiem dla planowania zakupów.
Dlaczego import znów kusi
W takich warunkach naturalnie rośnie zainteresowanie stalą z zagranicy, także w regionach, które tradycyjnie rzadziej sięgały po dostawy morskie. Na stole pojawiają się oferty z kierunków dobrze znanych w handlu z USA, ale też z państw, które w ostatnich kwartałach budują widoczność w tym segmencie. Do tego dochodzą rynki dotąd marginalne, które przy odpowiedniej relacji ceny do ryzyka mogą stać się realnym uzupełnieniem podaży.
Kluczowym bodźcem jest poziom cen. HRC w USA w połowie sierpnia oscylowała wokół 1200 USD za krótką tonę – najwyżej od 2022 roku. Przy takiej bazie cenowej różnica między ofertą krajową a importową potrafi sięgać około 200 USD za tonę, co w branżowej praktyce bywa traktowane jako sygnał, że import zaczyna „spinać się” ekonomicznie.
Cło 50% przestało być zaporą
Na pierwszy rzut oka konkurencyjność importu przy 50-procentowej stawce w ramach ceł na stal może wydawać się paradoksem. Jednak mechanika jest prosta: jeśli cena krajowa rośnie na tyle, że „podnosi sufit” dla opłacalności importu, nawet wysoka bariera taryfowa przestaje pełnić funkcję skutecznego muru.
Warto zestawić to z sytuacją sprzed roku, gdy HRC w USA była bliżej 800 USD za krótką tonę. Wówczas tak wysoka stawka celna skutecznie wypychała wiele kierunków z rynku. Dziś, przy wzroście cen krajowych o około 50%, ta sama stawka nie działa już tak odstraszająco – i to jest jedna z najważniejszych zmian w układzie sił.
Nastroje rynkowe: byczo, ale z kalkulacją ryzyka
Część uczestników rynku zakłada, że wolumen importu może się wypłaszczyć, bo kupujący obawiają się spadku cen w IV kwartale lub na przełomie roku – czyli w czasie, gdy zamówienia z zagranicy fizycznie dotrą. Jeśli ktoś spodziewa się korekty, niechętnie „wydłuża pozycję” na materiale o dłuższym cyklu dostawy.
Jednocześnie przewaga opinii przesuwa się w stronę scenariusza utrzymania wzrostów. W badaniach nastrojów rynkowych spadł odsetek wskazujących na szybki szczyt cen, a wzrósł udział tych, którzy widzą dalsze podwyżki w kolejnych miesiącach. Co więcej, większość ankietowanych zakładała utrzymanie cen powyżej 1200 USD w październiku, co wzmacnia argument: skoro rynek jest drogi i ciasny, import staje się narzędziem zarządzania ciągłością dostaw.
Popyt nie gaśnie, a zapasy nie rosną
W tle pozostaje popyt, który – według deklaracji firm – w dużej mierze jest stabilny lub rosnący, a tylko niewielka część rynku raportuje spadki. To wyraźna zmiana względem poprzedniego roku, gdy dominowały sygnały osłabienia aktywności. Dla cen i dostępności to mieszanka wybuchowa: niskie zapasy plus ograniczona podaż krajowa przyzwoicie „trzymają” rynek.
Na uwagę zasługują także nietypowe źródła zapotrzebowania, które potrafią w krótkim czasie wchłonąć duże wolumeny. Gdy takie segmenty dokładają się do tradycyjnej konsumpcji, presja na dostępność rośnie, a huty zyskują przestrzeń do utrzymywania twardej polityki sprzedażowej.
Co mówią liczby o imporcie
Dane administracji publicznej pokazują, że całkowity import stali w lipcu miał szansę sięgnąć około 2,10 mln ton metrycznych. To poziom najwyższy od maja 2025 roku, czyli sprzed podniesienia stawek celnych do 50%. Jednocześnie obraz nie jest jednowymiarowy: w ujęciu produktowym import stali płaskiej w lipcu spadł względem czerwca, a wzrosty koncentrowały się w półwyrobach, wyrobach długich oraz w rurach i przewodach.
Warto też zauważyć, że zmiany wolumenów bywają silnie „kierunkowe”. Niektóre państwa zwiększały wysyłki wyraźnie miesiąc do miesiąca, w tym w kategoriach wyrobów płaskich. A wstępne sygnały dla sierpnia sugerowały możliwość skoku importu nawet w okolice 2,92 mln ton metrycznych – poziomów porównywalnych z okresem popandemicznego odbicia popytu lub z początkiem szoku cenowego po eskalacji wojny w Ukrainie.
Ryzyko kolejnych ograniczeń handlowych
Wraz ze wzrostem importu rośnie napięcie polityczno-regulacyjne. Przedstawiciele branży coraz głośniej wskazują na problem „przeciskania się” części wolumenów przez istniejące mechanizmy ochronne i sugerują, że administracja może sięgnąć po kolejne narzędzia: od powrotu do kwot dla wybranych eksporterów, po nowe postępowania antydumpingowe i antysubsydyjne.
To ryzyko działa jak hamulec dla części kupujących: jeśli dziś zamawiają materiał z dostawą za kilka miesięcy, muszą wkalkulować możliwość zmiany reguł gry w trakcie. W grę wchodzą też dochodzenia dotyczące obchodzenia ceł, w tym tzw. „transshipment”, a także inne instrumenty polityki handlowej, które mogą zmienić opłacalność importu z tygodnia na tydzień.
Niepewność jako nowa stała
W dyskusji pojawia się również argument, że importy bezpośrednio konkurujące z produkcją krajową zostały w dużej mierze „wypłukane” z systemu już kilka lat temu, a dzisiejszy popyt na import jest bardziej nieelastyczny. Innymi słowy: jeśli pewnych gatunków, formatów lub terminów nie da się zapewnić lokalnie, firmy i tak będą szukały ich za granicą, nawet przy gorszych warunkach.
Rynek stali w USA wchodzi więc w okres, w którym jednocześnie rosną ceny, utrzymuje się ciasna podaż i wraca presja importowa, a nad wszystkim wisi cień kolejnych decyzji handlowych. Dla kupujących to czas trudnych wyborów: zabezpieczać dostawy importem i ryzykować zmianę przepisów, czy liczyć na poprawę dostępności krajowej i ewentualną korektę cen – bez gwarancji, że taka korekta w ogóle nadejdzie.
Tekst źródłowy: U.S. steel supply crunch puts imports back in play
